Od godziny próbuję usiąść i napisać wstęp. Tylko jak w siedmiuset słowach opisać coś, o czym mogłabym opowiadać całymi godzinami? Jak przekazać Wam atmosferę, wartości i pozytywną energię, którą wyniosłam z WroBlog2016? Jeszcze tego nie wiem, ale spróbuję. A jak się nie uda, to Wasza wina, że Was tam nie było. Więc jak wyglądał WroBlog moimi oczami?

Zacznijmy może od tego, że kompletnie nie przygotowałam się do tematu. Po prostu wypełniłam zgłoszenie i zapomniałam o tym myśląc, że i tak się nie dostanę. Nie potrafię opisać mojej radości i zdziwienia, gdy dowiedziałam się, że jednak mogę tam jechać. No skoro mogę, to dlaczego nie?

Zanim gdziekolwiek się wybrałam…

No dobra, przyznam szczerze, o blogerskich imprezach wiem całkiem sporo. Naczytałam się o tym, że musimy mieć wizytówki, spójny strój i w ogóle mamy kreować się na takich jak na blogu… wiecie, spójność przede wszystkim! Więc ogarnęłam te wizytówki, sztuk dwieście (nie wiem po co tyle), po czym rozdałam dwie… w tym jedną mojej przyjaciółce. Poza sprawami organizacyjnymi przeżyłam prawdziwą katastrofę na dzień przed, bo tradycyjnie nie miałam się w co ubrać. Na szczęście ten konflikt udało się dość szybko zażegnać…

Najpierw był szok. I śmiech. I jeszcze więcej szoku

Całe wydarzenie wspominam dobrze, nawet bardzo dobrze. Pominę fakt, że przez bite 10h tułałam się pociągami drugiej klasy (niech żyje oszczędność!) i fakt, że ledwo zdążyłam dotrzeć na czas… I tak najlepsze spotkało mnie już na samej imprezie, gdy jeszcze nie znając prelegentów (nie czytałam zapowiedzi, no bo po co?) odgadywałam kto i o czym będzie mówił. Najpierw zauważyłam Andrzeja Tucholskiego, którego znam, lubię i szanuję… Zaczęłam piszczeć z radości i przebierać nogami, bo MOŻE DO NIEGO PODEJDĘ… Nie podeszłam, a chwilę później, już na sali ogarnęłam, że kilka rzędów niżej siedzi Typowa K. Rozpoznałam ją po węźle na włosach i do dziś nie mogę uwierzyć, że to rzeczywiście było takie proste. Do niej tym bardziej powinnam podejść, ale się powstrzymałam… I nawet tego żałuję.

Branding, networking i inne dziwne słowa

Na WroBlog pojechałam głównie z ciekawości. Nie myślałam o nawiązywaniu biznesowych relacji, o wpychaniu się w grupy ludzi tylko po to, by się przedstawić i ogólnie nie szukałam w tym szansy na zaistnienie. Dzięki temu poznałam osobiście czterech całkiem fajnych, a prawie mi nieznanych blogerów (właściwie to jednego blogera i trzy blogerki) i… no i kawałek Wrocławia poznałam. I tyle. Nie nastawiałam się na nie wiadomo co i dzięki temu nie rozczarowałam się wcale, gdy okazało się, że to co słyszę na prelekcjach jest dla mnie dość oczywistą oczywistością. Prelekcje to coś, o czym mogłabym mówić i mówić. Konrad i Typowa K bardzo ładnie przedstawili gdzie przebiega granica między prywatnością a „sprzedawaniem prywatności na blogu”, Tucholski udowodnił, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach, a Opydo próbował nas przekonać, że blogi umarły. Przy okazji dowiedzieliśmy się sporo o tym jak zrobić dobrze współpracę czy jak popsuć sobie wordpressa… Dla mnie to bardzo dużo fajnej, naprawdę potrzebnej wiedzy w krótkim czasie. A potem, gdy już myślałam że lepiej być nie może, odbyło się after party.

Dwugodzinna impreza to nie impreza

Znacie to uczucie, gdy idziecie na imprezę, po czym po dwóch godzinach musicie się zmywać? Dodatkowo nie pijecie, bo jesteście gospodarzem/kierowcą/coś innego was powstrzymuje? Taka impreza to nie impreza… I tak właśnie było z moim afterem. O 23 musiałam spadać na pociąg i do teraz żałuję, że jednak nie znalazłam żadnego noclegu, by móc zostać do rana. Dziś wiem, że na pewno pod wpływem chwili podeszłabym do Tucholskiego no i poprosiłabym typową K o zrobienie mi warkocza. Wiem też, że na pewno próbowałabym poznać więcej niż te 4 osoby, z którymi stworzyłam wzajemne kółeczko adoracji. No i na pewno aktywniej brałabym udział w konkursach, które były organizowane w trakcie całej konferencji. I ogólnie to sporo bym zmieniła, ale na pewno nie zmieniłabym decyzji, czy warto jechać.

NADAL NIE WIERZĘ, ŻE…

Nadal nie wierzę, że tam byłam. Właściwie cały dzień zleciał mi bardzo szybko i mam wrażenie, że wyciągnęłam z niego trochę za mało. Nie mogę również uwierzyć w to, że sporo osób kojarzyło mnie lub mojego bloga (no dobra, to drugie zdarzało się częściej) i nie wierzę, że topowi blogerzy, których czytam są… normalni. Wiem, to brzmi źle, ale miałam wrażenie, że to jacyś zupełnie inni ludzie, tymczasem przechodząc obok nich i podsłuchując ich rozmowy odniosłam wrażenie, że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami. Nie wierzę również, że mój telefon nie zdążył się rozładować podczas nagrywania konferencji i nie wierzę, że nagrałam jej najważniejszą część, żeby móc do niej wrócić, gdy zawiedzie mnie pamięć… Nie wierzę też, że to już się skończyło, a następna taka impreza niestety dopiero za rok…

A za rok…

Za rok o tej porze, to ja będę jeszcze we Wrocławiu. Wezmę kilka dni urlopu, przyjadę na dłużej i obejdę Wrocław cztery razy, bo jest piękny i jest tego wart. Oprócz tego na pewno postaram się więcej wyciągnąć z całego wydarzenia, nie będę bała się podejść do ludzi, których czytam i lubię… No i chyba podejdę do tematu trochę poważniej. Rozdam więcej niż dwie wizytówki, a najlepiej to w ogóle za rok będę prelegentem… No i mam nadzieję, że za rok przede wszystkim spotkam tam jeszcze więcej znajomych mi twarzy, bo poznanie na żywo kogoś, kogo się czyta jest uczuciem nie do opisania. Mam więc nadzieję, że gdy za rok wrócę do tematu, wielu z Was na własnej skórze przekona się jak było naprawdę, bo słaby ze mnie opisywacz rzeczywistości… Nie potrafię w żaden sposób opisać atmosfery jaka tam panowała ani pokazać na zdjęciu uśmiechu, który towarzyszył mi przez cały dzień. To po prostu trzeba przeżyć i mam nadzieję, że za rok będziemy tam razem.