Jeszcze nie tak dawno temu myślałam, że nie ma niż piękniejszego niż początek. Nowa praca, nowe mieszkanie, nowe wszystko. Nowa, czysta kartka. Pieprzona kartka, która po miesiącu będzie wyglądała tak, jak wszystkie poprzednie. A wiesz dlaczego? Bo ludzie raczej się nie zmieniają. Bo ja się nie zmieniam. Dziś nie chcę zaczynać wszystkiego od nowa. I po raz pierwszy od dawna jest mi z tym dobrze.

Kiedyś myślałam, że moją kwintesencją szczęścia jest mąż, dzieci i hipoteka.  Dziś żyję z kimś, kogo nie śmiem nazwać moim chłopakiem, dzieci są bardziej odległe niż kiedykolwiek, a hipoteka to coś, z czym spotykam się tylko w pracy, nie w moich planach. I naprawdę dobrze mi z tym. Dobrze mi z tym, że nie przejmuję się stereotypami i sąsiadami, którzy widzą jak wracam do domu o 6 rano, tylko po to by ogarnąć się przed pracą, zjeść śniadanie i biec dalej w świat. Dobrze mi z tym, że zawalam sesję, by spontanicznie jechać nad morze, bo nic nie smakuje lepiej niż wino pite proste z butelki przy zachodzie słońca nad Bałtykiem. Dobrze mi z tym, że naprawdę nie interesuje mnie jutro ani pojutrze, ani tym bardziej wczoraj, choć zawsze tak bardzo lubiłam wspominać. Dobrze mi, bo moje sentymentalne pudełko gnije gdzieś pod łóżkiem i już wcale nie zaglądam do niego, by powspominać stare dobre czasy. Bo te teraźniejsze są jeszcze lepsze. I nareszcie dobrze mi z tym, że serio nie wiem co stanie się z moim życiem za rok, dwa lub dziesięć… Nawet jeśli nadal będę w tym samym miejscu, to pewnie będę szczęśliwa. A najbardziej na świecie cieszy mnie fakt, że nareszcie mogę się tym z Wami podzielić. Tak po prostu, bez analizowania czy komuś się to spodoba, czy ktoś to polubi i się zainspiruje. Szczęście to nie stan konta, to nie pierścionek na palcu i wspólne plany aż po grób. Nie dla mnie, choć myślałam, że właśnie w ten sposób się spełnię… I może kiedyś rzeczywiście tak będzie… Może. Gdybym ileś lat temu mogła dać sobie jedną radę, powiedziałabym sobie, że czas wyluzować. Czas się bawić, czas się cieszyć, czas się nie wysypiać i przepuszczać połowę wypłaty, jeśli właśnie to przynosi mi szczęście. Ostatecznie nic nie liczy się bardziej niż to, co czuję. Zawsze taka byłam, choć nie zawsze chciałam się do tego przyznać. Dziś mam gdzieś wszystkie moje cele, moje spisane kroki i tabelki, których nigdy nie potrafiłam się trzymać. I dopiero teraz mogę naprawdę powiedzieć, że jest dobrze. Mam gdzieś wszystkich tych, którzy mówią mi,  że nie osiągnę celu siedząc na kanapie, że do szczęścia potrzebuję jasno wyznaczonej ścieżki, a wszystkie porażki dobiją mnie totalnie. Ostatnio zaliczam glebę za glebą i wiesz co? Naprawdę dobrze mi z tym! Dobrze mi z tym, że śmieję się z nauk coachów, dobrze mi z zawaloną sesją, dobrze mi z kolejnym błędem który popełniam… Bo po każdym błędzie znów wychodzę na prostą i znów cieszę się z tego, że  wszystko się jakoś układa. I jeśli mogę mieć jakieś marzenie, które się spełni, to chcę jedynie, by ten stan trwał jak najdłużej. Tak po prostu… I nic więcej.