Przyszła do mnie jak zawsze niespodziewanie. Odwiedziła mnie w pracy. Tak po prostu, niepostrzeżenie, podczas rozmowy, wprosiła się między nas i powiedziała „tak, to ty teraz jesteś tą samotną. Tą smutną i pokrzywdzoną.” Nie uwierzyłam jej, bo dlaczego miałabym wierzyć? Nie jestem smutna ani tym bardziej pokrzywdzona, bo przecież to była moja decyzja, ale…

Ale właśnie jest noc, a ja wiercę się z boku na bok. Nie mogę zasnąć i wiem, że długo się to nie zmieni. Robię sobie bułkę i wracam z nią do ciepłego łóżka. Bez talerza, bo najlepsze co może być, to jedzenie bez talerza. Ty byś mnie opierdolił za to, że tego talerza nie mam i przeze mnie okruchy będą gryzły Cię w tyłek. I Ty zaleciłbyś mi na dobry sen kakao, bo kiedyś kakao było dobre na wszystko. Mogę jeść bez talerza i mogę wypić kawę zamiast pieprzonego kakao. Ale to nic nie zmieni. Nie zmieni faktu, że tak naprawdę przyszła do mnie znów, choć obiecałam sobie, że więcej jej nie wpuszczę. To ona, ta nieproszona, niechciana i całkowicie negatywna samotność.

Bo wiesz, nie da się znaleźć niczego pozytywnego w nocach, gdy ona nadejdzie. Nie cieszę się z tego, że mam całe łózko dla siebie, że nikt mi nie chrapie, nikt mnie nie kopie i nikt nie mówi, że znów wierciłam się do rana. Nie cieszy mnie brak wyrzutów sumienia gdy ktoś wpadnie mi w oko, gdy komuś celowo zrobię nadzieję albo tak po prostu podam swój numer telefonu. Nie oddycham z ulgą tylko dlatego, że nie wpadniesz dziś do mnie, więc nie muszę myć kibla i zmieniać pościeli. I właściwie wszystkie plusy blakną i wydają się bardzo nikłe.

Wiesz, nadal jem tę bułkę w łóżku ale ona właściwie wcale mi nie smakuje. I ta poranna kawa też nie, od kiedy wiem, że jeszcze długo będę piła ją w samotności. I nie cieszy mnie to, że wcale już nie rozmawiamy i jesteśmy dla siebie gorzej niż obcy, bo nawet obcemu chętniej byśmy pomogli… I dla obcych jesteśmy bardziej życzliwi. I nie cieszy mnie to, że siedzę tu i piszę, choć jest środek nocy i każdy normalny człowiek właśnie śpi. My pewnie też byśmy już spali. Ty nawet nie wiesz, że od jakiegoś czasu pijam kawę, której szczerze nie znosiłam aż do wczoraj. I nie wiesz, że ta nowa praca wcale nie jest taka super i nic nie wydaje się tak super jak miało być.

I mogę powiedzieć, że to minie. Wiem, że minie. Samotność kiedyś odejdzie. I pewnie nawet da się ją szybciej przegonić, tylko ja jakoś tak nie umiem. Tak po prostu pozwalam jej być przez jakiś czas i czekam aż sama odejdzie. Czasem przychodzi taki dzień, że mi nawet nie chce się jej wyganiać. Sporadycznie pozwalam jej zostać dłużej i tak po prostu być. A ja trwam w tym moim nieszczęściu i wspominam. Może rano ona odejdzie? Może rano przestanę mieć wyrzuty sumienia? Może rano po prostu wrócę do mojego życia i zapomnę, że za Tobą tęsknię? Może rano po prostu zjem kolejną bułkę w łóżku i przez myśl nie przejdzie mi, że Ty byłbyś o to zły? Może rano wszystko co ma teraz znaczenie przestanie je mieć. Może po prostu obudzę się i zauważę, że samotność odeszła. Może.

Mam nadzieję, że Ty też czasem tak masz. Że czasem patrząc w niebo widzisz księżyc, który pomyliłam z latarnią, a myśląc o śnieżnych zaspach widzisz mnie, gdy w nie wpadam. Może patrząc na Pałac Kultury i Nauki widzisz mnie dreptającą w Twoją stronę, a McDonald’s kojarzy Ci się głównie z pierwszą i najlepszą randką ever. Może kładąc się spać żałujesz, że kiedykolwiek pozwoliliśmy sobie to spieprzyć… A może podobnie jak ja teraz żałujesz, że to kiedykolwiek się wydarzyło. Może być różnie ale najważniejsze jest to, że gdy ona odejdzie, wszystko to przestanie mieć znaczenie. Nie wiem tylko czy bardziej chcę, by już sobie poszła, czy może by nigdy więcej mnie nie opuszczała.